Będę pisała trzewiami. Tak trzeba. Za to płacą. Nie za tandetę wymyślonych emocji, pustych słówek, zbyt płaskich uczuć. Ślina im cieknie na samą myśl o pożarciu soczystych flaków, bebechów przesiąkniętych mdłym zapachem rozkładających się przeżyć, tęsknot i namiętności. Bezwstydnie żądają krwi, tłuszczu, spermy, potu i smrodu. Kręcą nosem na cienką pochlipajkę z łez. Musi być zawiesiście. Będę pisała krwisto-sinymi barwami moich wnętrzności. Zapodam im te flaki w glinianej misce a la Polskie Jadło.
To była chwila, w której otworzyłam usta do krzyku. Świadomie. Do krzyku tkwiącego, krzyku dławiącego, do krzyku, co napęczniał do granic przestrzeni mojego ciała, mojego jestestwa, mojego szaleństwa. Ten krzyk miał wylać się ze mnie przez otwarte usta, strumieniem przedziwnej siły i mocy. Strumieniem, który roztrzaska go, rozerwie na strzępy, rozrzuci w przestrzeni, unicestwi....
Są zapomniane zwierciadła
Jest i wiatr i ogień
Pierwotna siła kontroluje
Tworzy utrzymuje i zrzuca w przepaść,
Mgłę, swoją drugą twarz
Wabiąca maska tworzy wiry, mielizny
Wchłania czas i znika
Chwila jej przeznaczeniem
Paraboliczny wzlot całym sensem jej istnieniem
Upadek na dno, który już?
Wieczne larwy uwikłane w błocie
Z każdym ruchem opadają bardziej w bagno
A mędrzec zapłacze
Gdy człowiek z psem,
Wygryzać się będą o ochłapy, własny ogon
Pochód ku zagładzie
Miażdży głowy niemowląt
Ciągle do przodu, do przodu
Pędzi bezwładna myśl
Cały czas w koło
Na własnym czole,
Wiążę kolorowe wstążki na krwawych kikutach
Wpatrzony tępo w bezchmurne niebo
Gdy wciąga ich bagno
Nie czują,
Błądzą w ciemnościach
Po omacku
Zamknięci w swym fałszywym ego
Nasycić się chcą
Mgłą, która po chwili znika
Do stromej granicy
Krętej, najeżonej
Granicy, której tu nie ma
Są tylko wyczerpane wierzchowce
A mędrzec zapłacze
Na ten widok