Na Samoa był raj, koralowce zakwitły.
Czy wiedział tam ktoś, jak zakwita drzewo wiśni,
gruszy cukrówki i jabłoni przyczajonej?
Czy cztery kochał, czy miał tylko jedną żonę
z koralami egzotycznych kwiatów na szyi ?
Czy wiedzieli wtedy oni, że w raju żyli,
mając za świat jedynie wyspę z koralowca.
Na Samoa cień pada na dziewczynę obcą
z jedwabnymi włosami. Zachwyca brązowego
Orchideę jej daje, nie będzie kolegą,
lecz przeniknie brązem przez jedwabiste ciało
W Europie kocha się zimniej i za mało
niż na Samoa, na koralowców przestrzeni.
Bóg wyspę obsiał i rafę w ogród zamienił.
Lecz kuszą odrzutowców loty palmy smukłe.
Nie uda się Samoa zasłonić płótnem.
Będę pisała trzewiami. Tak trzeba. Za to płacą. Nie za tandetę wymyślonych emocji, pustych słówek, zbyt płaskich uczuć. Ślina im cieknie na samą myśl o pożarciu soczystych flaków, bebechów przesiąkniętych mdłym zapachem rozkładających się przeżyć, tęsknot i namiętności. Bezwstydnie żądają krwi, tłuszczu, spermy, potu i smrodu. Kręcą nosem na cienką pochlipajkę z łez. Musi być zawiesiście. Będę pisała krwisto-sinymi barwami moich wnętrzności. Zapodam im te flaki w glinianej misce a la Polskie Jadło.
To była chwila, w której otworzyłam usta do krzyku. Świadomie. Do krzyku tkwiącego, krzyku dławiącego, do krzyku, co napęczniał do granic przestrzeni mojego ciała, mojego jestestwa, mojego szaleństwa. Ten krzyk miał wylać się ze mnie przez otwarte usta, strumieniem przedziwnej siły i mocy. Strumieniem, który roztrzaska go, rozerwie na strzępy, rozrzuci w przestrzeni, unicestwi....